czwartek, 25 grudnia 2014

Z okazji świąt


Grudzień był szaleńczy - usiłował zmieścić się w trzech tygodniach. A wszystko to w półmroku, co nie ułatwiało życia, albowiem ja działam na baterie słoneczne. Rok temu było zdecydowanie łatwiej w grudniu. Grudzień to jest czas odpowiedni na takie czynności, jak darcie pierza czy przędzenie. Mogłabym tak sobie siedzieć i prząść z innymi jak anioł dzieweczkami. Bo nie wymaga to intensywnego używania mózgu. W grudniu mój mózg zasypia. A ja go, biedaka, zmuszałam do wysiłku, wręcz ciężkiej harówy. I teraz padł, zdechł, sczezł i nie działa, śpi, jak betlejemscy pastuszkowie. Na szczęście, do Nowego Roku będzie odpoczywać.

I tego wszystkim z okazji świąt życzę - odpoczynku, świętego spokoju, zatrzymania się w tej pogoni za własnym ogonem, zauważenia chwili, posłuchania własnych myśli. Oraz zdrowia, radości i żeby słońce wyszło wreszcie z tych mroków.


środa, 3 grudnia 2014

Najkrótszy z miesięcy


Grudzień to najkrótszy z miesięcy. Najkrótsze dni, a do tego trwa trzy tygodnie. Trzeba zdążyć w robocie ze wszystkim do świąt, a jeszcze nadrobić za kawałek stycznia, który zaczyna się po Trzech Królach. Pędzę w zadyszce, przerywanej atakami narkolepsji i melancholii, bo rzadko jest tak:


Najczęściej tak:



Chyba zostanę pszczelarzem, pszczelarze mają mało pracy w grudniu.

niedziela, 2 listopada 2014

Chwila




Tak było dziś. Bywało, bo światło i niebo zmieniały się co kilka minut. Była też srebrzysta, spokojna mgiełka, było płaskie, ołowiane niebo, było niebo błękitne, z chmurkami, jak wzory, pozostawione przez fale na przybrzeżnym piasku, a i była chwilami świetlistość, wprost z nieba promieniem celująca. Listopad. Łagodny, ale jednak od października inny. Taki błyskawicznie przemijalny. Zaduszki. Ktoś coś chciał powiedzieć? Pokazać? Ten moment? Teraz? Do złapania?

Jeszcze jabłka czerwienieją na drzewach. Jeszcze liści zielonych sporo. W soczystej trawie kwitną stokrotki. Klony całkiem ubrane. Zamartwiać się nieuchronnym czy łapać chwilę?

sobota, 1 listopada 2014

Poziomki i cmentarny Robin Hood



Nie cierpię określenia "Święto Zmarłych". Pamiętam, jak moja Babcia co roku zżymała się na ten, jak mawiała, "komunistyczny wymysł". Nie uważała również, że odwiedzanie cmentarzy w Dzień Wszystkich Świętych jest właściwą formą obchodzenie tego święta. Za dzień właściwy do odwiedzania grobów, wspominanie bliskich zmarłych i modlitwę za nich uznawała Dzień Zaduszny. Zawsze ją irytowało to zlanie się dwóch świąt i zatracenie ich charakteru *.

Moja Babcia pamiętała o swoich bliskich zmarłych przez okrągły rok. Dla Niej wiara w świętych obcowanie była czymś oczywistym, wręcz codziennym - była przekonana, że Jej zmarli bliscy otaczają opieką Ją i jej rodzinę, ale też uważała, że potrzebują troski ze strony żyjących. Jej zmarli często odwiedzali moją Babcię w snach - pamiętam, jak jakiś czas po śmierci mojej Prababci Babcia miała sen, w którym Prababcia poprosiła o, jak to się na Wileńszczyźnie mawiało, "grzebuszek" czyli grzebień, bo "ma pył we włosach". Dla mojej Babci było oczywiste, że prosi o modlitwę i o mszę za spokój Jej duszy. A "pył we włosach" to te nieliczne grzechy, które stopują ją w poczekalni do nieba.

Myślę, że moja Babcia nie miałaby nic przeciwko stoiskom z jedzeniem pod cmentarzami. No, może inne kramy trochę by Ją wkurzyły. Ale jedzenie? A dlaczego nie? Pamiętam nasze wyprawy na cmentarz, nie Zaduszkowe, bo na Zaduszki to była stosunkowo szybka piłka, trzeba było tylko postawić kwiaty i zapalić znicze na wcześniej uporządkowanych grobach. Do tego zwykle byliśmy delegowani z Dziadkiem, Babcia zostawała w domu, żeby przygotować obiad dla przyjezdnych krewnych i znajomych. Ale wyprawa porządkowa, która miała miejsce kilka razy w roku, to była poważna sprawa, cmentarz był daleko, a grobów do odwiedzenia i uporządkowania wiele. Poza normalnymi cmentarnymi akcesoriami zabierałyśmy prowiant, bo to była akcja na dobre pół dnia. A zdarzało się, że przełaziłyśmy przez ogrodzenie cmentarza, bo brama była już zamknięta. Moja Babcia nie widziała nic niestosownego w jedzeniu kanapek przy grobach bliskich zmarłych oraz uważała, że zwłaszcza w okresie Zadusznym (czyli w oktawie Zadusznej, do 8 listopada) pod cmentarzem powinno być miejsce, gdzie żyjący mogą pokrzepić ciało. Zwłaszcza - bo zwykle wtedy bywało zimno, a poza tym twierdziła, że szczególnie dla przyjezdnych, którzy nie mają żyjącej rodziny, byłoby to szczególnie wygodne. Ale w ogóle uważała, że przycmentarna knajpa byłaby czymś bardzo sensownym przez cały rok, dla odwiedzających groby czy na stypy. Bardzo lubiłam te wyprawy kilka razy w ciągu roku na cmentarz - opowieści przygrobne o ludziach, z których wielu zmarło długo przed moim urodzeniem, zajadanie kanapek, a latem - poziomek, które rosły na grobie mojej Prababci. Babcia zawsze mawiała, że Prababcia chce nas poczęstować. Makabra? Nie, grób mojej Prababci jest tuż przy lesie, las wnika w cmentarz, jakoś ja tej makabry nie widziałam - i nadal nie widzę. No, i ten dreszczyk emocji, towarzyszący powrotowi przez cmentarz po zmroku i przełażeniu przez ogrodzenie! Babcia zawsze powtarzała, że zmarłych nie ma co się obawiać, gorsi są żywi. Parę razy zdarzyło nam się napotkać żywych w mrokach cmentarza, ale jakoś krzywdy nam nie zrobili, zajęci tachaniem wieńców z grobów świeżych nieboszczyków. Pamiętam, jak moja Babcia jednemu takiemu zwróciła uwagę, że jest hieną cmentarną i że wstyd. Delikwent, który mocno zawiany zataczał się pod ciężarem wieńców, stwierdził, że on swój honor ma i działa tylko w Alei Zasłużonych. "Prominentom zabieram, komuchom, i tak nikt się nie doliczy, a ja potem porządnym ludziom sprzedam korzystnie". Babcia, która komuchów nie cierpiała co najmniej równo mocno, jak funeralnego przepychu, chyba uznała, że działalność cmentarnego Robin Hooda, w dodatku antykomuchowego, nie zasługuje na jednoznaczne potępienie.

 * A tu tekst profesora Mikołejko, w którym wyjaśnia, miedzy innymi, skąd wziął się twór, zwany "Świętem Zmarłych" i jaka jest różnica miedzy Dniem Wszystkich Świętych a Dniem Zadusznym.

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,16897125,Poganski_czy_katolicki_obrzadek__Prof__Mikolejko_o.html

https://www.youtube.com/watch?v=wyLjbMBpGDA






niedziela, 26 października 2014

"My, Sławianie"




Miałam swojego local butcher - sklep mięsny ulicę dalej, rodzinną firmę, gdzie pracownicy byli jak rodzina, a sprzedawczynie znały swoich klientów. Klienci też się znali z widzenia. Kiedy nie było kolejki, można było pogadać o życiu czy wymienić się plotkami z dzielni. A białą kiełbasę robili na miejscu, na bieżąco, kilka razy dziennie. Miałam - bo w miejsce sklepu, który działał przez 60 lat, jest teraz od lutego Carrefour Express. Zło. Dziś przypomniał mi się ten sklep, kiedy, przechodząc koło podwórkowego śmietnika, zobaczyłam, jak jedna ze sprzedawczyń z Carrefoura wrzuca wielki karton do pojemnika ze śmieciową mieszanką, zamiast do "segregowanych suchych". Zapytałam grzecznie, dlaczego nie umieści go w odpowiednim pojemniku.

- Po co? Oni potem i tak wszystko razem wrzucają, ci śmieciarze. A jak wrzucę z innymi śmieciami, to namoknie i nie będzie kusił  tych lumpów, co to buszują po altankach śmietnikowych i wygrzebują puszki i makulaturę. I nie pani interes, co gdzie wrzucam.

Wobec zamknięcia przez panią drogi do dyskusji zamilkłam i przypomniałam sobie pewną rozmowę z dawnego sklepu mięsnego, sprzed ponad roku. Tego dnia właśnie nie było kolejki, więc tak sobie rozmawiałyśmy z paniami o pogodzie, o dzikach na Białołęce i o planowanych nowych opłatach za wywóz śmieci. Był to maj, nowe zasady miały wejść od lipca, temat był gorący. Na hasło "śmieci" wychynął z zaplecza pan Janek, który zajmował się rozbiorem mięsa (tak, przyjeżdżały tu półtusze i były dzielone na miejscu). Pan Janek wyglądał jak nastroszony siwy bóbr z oczami w kolorze spłowiałego błękitu i siwymi krzaczastymi brwiami. Czasem pomagał przy sprzedawaniu, sypał żarcikami, szczerząc te swoje wielkie zęby dużego gryzonia - jeden z tekstów z jego zasobów stylu formularnego: "Jest pięknie? Prawda? Nikt tak pani nie przerżnie jak ja, fachowo" (powtarzany za każdym razem przy wręczaniu przepiłowanej na pół wielkiej kości szpikowej). Temat śmieci wyraźnie nakręcił pana Janka.

- Będziemy mieć jak w Szwecji, pół kuchni to pojemniki na te wszystkie rodzaje śmieci. 


Panie sprzedawczynie pokiwały głowami, ja stwierdziłam, że segregacja to fajny pomysł, tylko obawiam się, jak to wyjdzie w rzeczywistości i że dobrze by było, żeby wyszło tak, jak w Szwecji.


- Nie wyjdzie! W Szwecji wyszło, a tu nie wyjdzie. Jedni będą segregować, inni nie, a i tak na koniec wszystko zwalą na kupę. A czemu? Bo Polacy lubią burdel, i tyle. Taka nasza natura Słowianina - pijaka i skurwysyna. O, proszę, jak mi się pięknie powiedziało, i do rymu. Slowo daję, właśnie w tej chwili to wymyśliłem. Chociaż co z nas za Słowianie, jak nas pół świata w historii przeleciało, te geny to się mieszały, takie kundle z nas. Ale słowiański burdel w nas został, zobaczy pani, wspomni pani moje słowa.



No, to wspomniałam. Pani wprawdzie nie wyglądała na pijaka, ale kto wie?

* Na zdjęciu szyld z dawnego mięsnego, z którym dzieliliśmy śmietnik. Umieścił go tu pan Andrzej z parteru, kiedy likwidowano w lutym sklep. Jakiś czas tak wisiał, na smutną rzeczy pamiątkę.

piątek, 26 września 2014

Ale to jeszcze nic


- sąsiadko, poratujesz fajeczką - z ciemności podwórka wyłania się niejaki Marysia

- a mogę dwie? dzięki, kochana, zdrówka życzę, bo to najważniejsze, co, patrzysz na tę moją wielką czapkę? jeszcze muszę ją nosić, choć już mi się goją te strupy na głowie, a wiesz, sąsiadko, jak to się stało? śniło mi się, że mnie głowa swędzi i podrapałem się do krwi, budzę się, a tu rany na łbie i cała poduszka we krwi, krew wszędzie, ale to jeszcze nic, kiedyś mi się śniło, że naga kobieta do mnie wyszła z wyłączonego telewizora, to się z przejęcia obudziłem, a potem znów przysnąłem, to ona wróciła do tego telewizora i tam znikła, ale to jeszcze nic, najgorsze to było, jak mi się śniło, że jestem rowerem w górach, takim małym damskim składakiem i lecę w przepaść, wiem, że już po mnie i nic nie mogę zrobić, to był strach, kochaniutka, mówię ci, bo że ktoś mi odgryza rękę albo nogę, to często tak we śnie mam, ale w porównaniu z tym rowerem to nic, tamten strach do dziś pamiętam, nawet jak ci teraz opowiadam, to mnie ciarki przechodzą

środa, 24 września 2014

Sztuka włożyć


wczoraj na Szaserów, w przyszpitalnej poradni okulistycznej:
- panie doktorze, jak to jest - kiedy mi pan tę rurkę wkładał w oko i przez pół twarzoczaszki, to zajęło to ponad dwie godziny, w pełnej narkozie, a wyjmowanie trwało dwie minuty i właściwie sama wyszła?
- szanowna pani, że tak powiem, żadna sztuka wyjąć, sztuka włożyć

tytułem wyjaśnienia - nie czuję się ofiarą seksistowskich dowcipów, my tak sobie z panem doktorkiem konwersujemy wesoło:

- z górnej powieki też mi pan wyjął kawałek rurki?

- a co? jest pani do niej przywiązana?

- tak, zwykle wtykam w nią kwiaty polne, gdy przechadzam się wśród łąk



w każdym razie rurka pożegnana, przez półtora roku była mi w oku belką, która przeszkadzała dostrzec nie tylko źdźbło w oku bliźniego mego 

niedziela, 14 września 2014

Ciszej na tej dzielnicy


noc ciepła, świerszcze cykają, poniedziałku niepamiętni rozochoceni balują, z okna naprzeciwko śpiewy chóralne, z lekka niezborne, a do tego wyprowadzone na wieczorne sranie psy i pieski się rozjazgotały i basowo rozszczekały

okno balkonowe z rozmachem się otwiera, pan 60plus w dezabilu wychodzi:, głosem tubalnym komunikuje:

- ciszej na tej dzielnicy poproszę!

ucichają śpiewy, a i pieski milkną

po chwili słychać głos z mroku:

- na wieś się wyprowadź, to będziesz miał ciszę, tu jest miasto

ale pieski i tak zacichły, a i chórki, do porządku sprowadzone, już się nie odezwały

jest ciszej na tej dzielnicy


sobota, 30 sierpnia 2014

Dobry koniec lata


To jest dobry koniec lata. Lato było nerwowe, szybko przemijające, przez co nieco depresyjne, jak to z przemijaniem bywa. A teraz spokój, smakowanie końcówki, w oczekiwaniu na nowe, które z jesienią nadejdzie. Jak zawsze u mnie jesienią. I zbieranie wielkich koszy owoców z dzikich sadów, i zamykanie lata w słoikach.






Odkrywanie nieznanego, jak owoce czeremchy. Tak, będzie z nich dźem/galaretka.


Zachwycanie się obfitością.


Gotowanie proste i pyszne, jak choćby to - odtwarzanie smaków z niegdysiejszych podróży.


To są ziemniaki, zwykłe ziemniaki, ale niezwykłe. Podlewam je do 3/4 wysokości oliwą pół na pół z wodą i sokiem z cytryny, piekę "na mokro", do odparowania, a zanim zaczną się rumienić, posypuję oregano, pieprzem i grubą solą, ewentualnie na to roztarty czosnek, ja jeszcze oprószyłam grecką mieszanką do ziemniaków, o składzie złożonym i nie do końca mi znanym, następnym razem podpiekę jeszcze mocniej, żeby bardziej się zrumieniły. Patates lemonates się nazywają, ziemniaki potraktowane cytryną.

piątek, 29 sierpnia 2014

Ogóreczki




dziś na bazarku dowiedziałam się, że noce zimne, nowe ogórki się nie zawiązują, liście brunatnieją, a poza tym jest zaraza ogórkowa, ostatni moment na kiszenie ogórów 

z tej okazji - przypomnienie sezonu ogórkowego sprzed roku:

na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:

- a wie pani, dlaczego te ogóreczki takie zakręcone? to specjalnie, żeby łatwiej można było je układać w słoikach w poziomie
- ale niektóre nie są zakręcone
- te pionowo się wkłada, raz tak, raz tak, żeby się człowiek nie nudził, taka układanka przy kiszeniu ogórków

wtorek, 26 sierpnia 2014

Makaron i kocie łapki




z okazji deszczu i ogólnej zgniłochy na dworze kleiłam dziś makaron, tak na poprawę humoru

wzbudziło to wielkie zainteresowanie stworzeń, a zwłaszcza kotki, która dokonywała kradzieży zuchwałej - błyskawicznie nabijała kluseczkę na wysunięte pazurki i unosiła, jako zdobycz, dziko pomrukując, a następnie pędzała po podłodze, podrzucała, po czym rozszarpywała i pożerała na surowo



pies patrzył na te występki z wyraźną dezaprobatą




a takie makarony nazywają się cavatelli, jak już złapałam odpowiedni ruch, to je klepałam taśmowo, niczym nonna z Apulii 

sobota, 16 sierpnia 2014

Ścieżka dźwiękowa


awaryjny spacer z psem, bo dyszenie, szczekanie, podniecenie, podejrzenie gwałtownie atakującej sraki
biegniemy na Psie Pole, pies uspokojony, nawęsza się, starannie obsikuje wiadomości od potencjalnych wrogów i niezłych suczek, sraki nie ma, a ja ćwiczę mięśnie skośne brzucha na przyrządach siłowni plenerowej
i nasłuchuję ścieżki dźwiękowej Sielc chwilę po północy
z rozświetlonych okien dobiega dominanta dźwiękowa sobotniej nocy na dzielni, pod karaoke "I Will Always Love You" laski, wywieszone za parapet, zaciągając się po pępek fajkami, śpiewają chóralnie pełną piersią, fałszywie, acz z uczuciem
zaparkowany obok samochód pulsuje w rytm "Spłoną wozy tvnu"
z okna ze świeczkami na parapecie sączy się fado, Mariza, "Oh gente da minha terra"

wtorek, 12 sierpnia 2014

Szerokie horyzonty


- bo ja to, proszę pani, raczej kociarz jestem, teraz nie mam kota, ale mój poprzedni - to był okaz, 9 kilo ważył, nie, nie kastrat, nie mógłbym go tak ukrzywdzić, to był król życia, 18 lat przeżył, a pierwszego szczura złapał, jak miał 8 miesięcy, ze dwie godziny gonił go, takiego półżywego, po podwórzu, aż zamordował, a ten szczur był taki jak on wtedy, albo i większy, łowny był kot, wciąż coś znosił, a kotów innych nienawidził, czasem trzeba było rozdzielać, bo człowiek się bał, że zabije, gonił wszystkie, a jak szedł na kurwamać, to go i trzy dni nie było, jak wracał, łapami powłóczył, szedł do michy, a potem spał cały dzień, i znów leciał, ale tak było, jak mieszkaliśmy z teściami, w domku, a jak się tu sprowadziliśmy, po śmierci teściów, to kota nauczyłem chodzić w szelkach i na smyczy, na takiej lince, kilkanaście metrów, a już miał wtedy 15 lat, ale od razu się nauczył, a takie szelki to praktyczne, łatwo kota podnieść, nie trzeba chwytać, jak to się mówi, za wsiarz, i wszędzie z nami ten kot jeździł, nad morzem byliśmy razem, jak jechaliśmy, to był pusty przedział, my z żoną po jednej stronie, z kierunkiem jazdy, a kot się rozwalił naprzeciwko na siedzeniu i tak sobie elegancko jechaliśmy, a na miejscu leżał w pokoju na kwaterze pod wielkim wentylatorem, tylko żałuję, że go nie zabrałem na plażę, chłopak by świat zobaczył, szerokie horyzonty - taka wielka kuweta, no nie?

niedziela, 10 sierpnia 2014

Lato w mieście, pod domem


Psie Pole czyli sielecka siłownia plenerowa, przedwieczorny spacer, przeciągam Leona przez obszar siłowniowy, żeby nie sikał na urządzenia do ćwiczeń
pod ogrodzeniem leży nietutejszy pan, w pozycji embrionalnej (znaczy - bezpiecznej), rozpoznaję w nim delikwenta, którego widziałam kwadrans wcześniej, jak maszerował na piętach, dołem sztywno, górą wykonując żonglerkę puszką piwa i pod nosem powtarzał: "kurwy, wszystko to kurwy, kurewstwo wszędzie"
podchodzę, patrzę - spodnie ma obsikane, oddycha miarowo, ale na wszelki wypadek pytam, czy wszystko w porządku
pan się ocyka
- ale so pani szanowna? szy ja szeszkadzam?
mówię, że absolutnie nie, tylko tak pytam, czy wszystko w porządku
- assolutnie szyssko w porządku
i zasnął, z uśmiechem tuląc puszkę do twarzy
nadchodzi pani, w wieku średnim starszym, przygląda się panu pod ogrodzeniem
- wszystko dobrze, już sprawdzałam - uspokajam
- no bo wie pani, w taki upał się upić, to można zejść, najzdrowszy człowiek nie wytrzyma, tak się zaniepokoiłam
pani wyciska na wiosełkach, spogląda na mojego psa
- staruszek czy chory, bo tak dyszy?
- staruszek, prawie 14 lat
- one tak się męczą, biedaki, w ten upał, ja mam spanielkę, 12 lat, zwykle ją strzygę dwa razy do roku, w kwietniu i w połowie września, ale teraz ostrzygłam szybciej, bo tak się biedna męczyła, wczoraj miała strzyżenie, i dziś, jak poszłyśmy do Morskiego Oka, to jej liczyłam oddechy - 28 na minutę, świetny wynik
przypominam sobie panią i jej spanielkę, już z nią i jej suczką kiedyś gadałam
- a jak oczy? co mówi doktor Garncarz?
- pamiętała pani? pochwalił mnie, że tak starannie jej oczy przemywam, może uda się obejść bez operacji, on też wie, że ona może tego nie przetrzymać
nadchodzą kolejne panie i dziewczyny, bo nasza siłownia jest zdecydowanie żeńska, w strojach wcale nie sportowych, po prostu, lekkich, wygodnych, niektóre wręcz w zwiewnych, na upał stosownych
spoglądają na pana pod ogrodzeniem, tłumaczymy, że z panem wszystko ok, tylko się zmęczył
przychodzi pan, taki koło czterdziestki, z kożuszkiem na klacie i na ramionach, z malutkim dzieckiem na rękach, może dwumiesięcznym, może i mniejszym, niesie to maleństwo w wielkich łapach przed sobą, spogląda na nie czule i czule przemawia, jedyne słowo, które rozumiem z tej przemowy, to "habibi", więc tylko się uśmiecham do pana, pan odwzajemnia uśmiech, z lekka półprzytomnie, zasiada na urządzeniu z wajchami do rozkładania ramion, z dzieciątkiem na kolanach, ćwiczy na przemian to jedną, to drugą ręką
kiedy odchodzę z psem, zestaw na siłowni jest taki: dzielnie ćwiczące panie i dziewczyny, w letnich strojach, ćwiczący, na ile się da pan z kożuszkiem i niemowlakiem, zasikany zmęczony pan, śpiący pod ogrodzeniem


środa, 6 sierpnia 2014

Gorąc


Na wieczornym spacerze pies na pierwszy odpoczynek ułożył się zaraz po wyjściu z klatki, dając tym samym znak, że spacer w pełnej wersji do Parku Sieleckiego jest poza zasięgiem jego dzisiejszych możliwości. Został więc spacer techniczny na pobliskie Psie Pole, ziemię niczyją, od lat pełniącą funkcję psiej sralni i pijalni napojów orzeźwiających, na której od kilku miesięcy stoi w kątku siłownia plenerowa.
Idziemy więc, łapa za łapą, zaliczamy kolejne odpoczynki, mijamy ćwiczących dzielnie, pomimo duchoty, dochodzimy w końcu do strefy zrzutu. A tam - mój parkowy kolega, z którym czasem gadamy o życiu i o łowieniu ryb, pan Andrzej, członek nieformalnego sieleckiego kółka wędkarskiego. Stoi, pali.
- Dobry wieczór pani. Gorąc, co?
- Gorąc.
- Męczy się?
- Męczy.
Za szczerbatym ogrodzeniem przelatuje radośnie rozchichotana horda okolicznych dzieweczek. Przodem te trochę starsze, co to już w zeszłym sezonie zdążyły z pąka zamienić się w kwiat, za nimi te właśnie się zamieniające. Czasem jeszcze wiszą na podwórkowym trzepaku, ale częściej przesiadują w kącie podwórka i palą szlugi z kawalerami. No, więc mija nas wesoła, kolorowa gromadka; te starsze, na czele, idą dumnie i godnie, w milczeniu, te młodsze poszturchują się i rzucają kurwami, przeplatanymi wybuchami perlistego śmiechu.
- Do kebaba idą na wieczór. Te hormony! O, patrzy pani - jeż.
- Jaki jeż? Gdzie ten jeż?
- Tam, koło psa. Nieboszczyk.
- Trzeba go stąd zabrać, jeszcze po ciemku jakiś pies na niego wejdzie łapą, albo człowiek w odkrytych butach, pan popilnuje mojego psa, ja szybko polecę po łopatę, zaraz będę z powrotem, pan poczeka moment.
- Nigdzie pani nie leci w taki gorąc. Ma pani woreczek? Bo pani zawsze przecież ma, na psią kupę. Da pani. O, tak wywinę, widzi pani? I podłożę, za uszy odwinę, jak z psią kupą, bez dotykania. I już, elegancko.
- Ale ja skoczę po tę łopatę, trzeba biedaka zakopać.
- Nie ma co skakać, trzeba się oszczędzać. Wrzucę go do śmietnika, kubły pełne, jutro wywiozą. Jemu i tak już wszystko jedno, a pani jeszcze dostanie jakiegoś porażenia z tego gorąca. To ja już pójdę, wrzucę go po drodze do kubła i spać pójdę, bo tego gorąca nie idzie wytrzymać. Wyśpię się, wstanę o świcie, pójdę posiedzieć z wędką w parku, wtedy jeszcze jest czym oddychać. Wpadnie pani z psem, i jemu będzie rano lżej, pozostałe chłopaki też będą, to pogadamy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Takie tam, lato



Taki zestaw, letni. Bo mózg uszami wypływa, jak masło stopione, od upału, na posta porządnego rozumu za mało. To wrzucam to, co się na fejsbuniu ulało ostatnio. Słowem i obrazkiem.

***
jesteśmy dziwnym narodem

rocznicę Powstania Warszawskiego - straszliwej tragedii - obchodzimy hucznie, festyniarsko, wesoło

Dzień Niepodległości - święto w swym wydźwięku radosne - obchodzimy ponuro, z marszem w mroku, rozświetlanym pochodniami i petardami, z demolką w wykonaniu nazioli w tle

może to kwestia klimatu? łatwiej świętować w sierpniu niż w listopadzie?



***
ich czterech, z lekka zrobieni, w koszulkach z kolekcji patriotyczno-tożsamościowej - 1 - kotwica PW po prostu, 2 - orzeł dynamiczny, przenikający się z kotwicą i logiem Legii, 3 - "warszawiacy z krwi i kości cała Polska nam zazdrości", plus kotwica na tle powstańczego zdjęcia zbiorowego, 4 - Mały Powstaniec duży, zdjęcie powstańców uśmiechniętych w tle

browary niosą, w każdej dłoni po dwa, między rozstawionymi palcami, pewnym chwytem trzymane

ale idą nie do końca pewnie

- nie trącaj mnie, bo upuszczę
- nie trącam, ja cię wspieram


podążają do Parku Sieleckiego

- alelaszego i po so tam?
- bo ja lubię tę alejkę, alejka na łączkach to moje miejsce

- tu psy stojo, no patrzcie, się w samochodzie chowajo, zaparkowali po cichu
- sie kryjo, co za mendy, czajo się na ludzi, w taki dzień!



***
siedzą one na parapecie, jarają
- no, to się opowiedział w końcu
- mów, jakieś deklaracje?
- tak, że on śmieci, ja zakupy



***

one, dwie, wracają z zakupów z Biedry

- mówię mu, się napij, czemu nie, ale nie przed wieczorem, bo jak przed wieczorem, to już nic z tego
- z czego?
- no, z tego
- a zależy ci na tym?
- trochę tak, no, czemu nie? to chociaż jeść mu dam, żeby coś



***

moja sąsiadka, wczesna emerytka z hiperaktywnością i motorkiem w tyłku - czasem ją oplotkowujemy z drugą, starszą sąsiadką i nazywamy Latawica, bo jak rano wyjdzie z domu, to ściąga dopiero pod wieczór, czy to deszcz czy słoneczna spiekota, lata i lata, a to do Powsina na cały dzień, a to na różne imprezy dla seniorów - pyta mnie dziś wieczorem, spoglądając w niebo:

- i jak? będzie dziś padać?
- myślę, że się zbierze
- to i ja tak myślę, ale pewności nie mam, kiedyś to człowiek wiedział na pewno takie i inne rzeczy, a w tym dzisiejszym świecie nic, tylko ciągła niepewność

piątek, 25 lipca 2014

Szybko się nie dzieje



No, tak właśnie. Tak oto mniej więcej przysypiam, od rana do wieczora. Się przymrużam. Z garami nieustająco do pozmywania w tle. Niby coś. Coś robię. Ale w półśnie. Czyli nie korzystam z lata. Piąstkami się okładam, że nie korzystam. Że za mało. A zaraz przyjdzie. Ten syf, ciemność, zimno i tak dalej. A ja się nie naładowałam latem. Dobra, konfitury ukręciłam. Z mirabelek. Na tyle kwaskowate, że jest szansa na zeżarcie. Bo domownicy słodkich nie lubią. Ale już widać, że do sera dobre będą. Jeszcze muszą dojść, ale już wiem, że będą genialne. Te parę słoiczków, bo na więcej sił brak. Depresja środka lata. Że zaraz się skończy. Że już dzień krótszy. A ja za mało korzystam, więc się obwiniam. Oraz w mózgu kisiel. I noce wcale nie są gorące. Tak naprawdę, to mnie cieszy, że nie są gorące. Jak i deszcz w dzień. Też cieszy. Bo mam wtedy usprawiedliwienie. Że nie korzystam. Nie cieszę się. Latem. Się. Nie. Cieszę. Nie napawam. Slow life mnie nie wychodzi. Wszystko biegnie, przelatuje, nic się nie dzieje, ale jakoś strasznie szybko się nie dzieje. Znaczy, czas na zmiany. Bo ocipieję. Jak nie zmienię. Na nowe. Bo ogólnie dupa. Czyli trzeba zmienić.

Też tak macie? Że to lato jakoś nie spełnia oczekiwań?


wtorek, 22 lipca 2014

Kochaniutka


Spotkanie z niejakim Marysią (ale od jakiegoś czasu Marysia, jak go zwą na podwórku, 60+, nie nosi już spodni 3/4 albo 7/8 damskich, jak naszał; latem miał ogolone nogi i japonki, zimą - kozaczki i cienkie rajstopy w kolorze opalonym, a teraz raczej męski ma ałtfit dołem, za to biżuty i maskoty coraz bardziej fantazyjne górą, na goretexowej kurteczce, kolekcja zbieracza śmietnikowego).

- Kochaniutka, poratujesz fajeczką? Naprawdę, dwie mogę? Ludzie w temacie fajek i rozmowy całkiem się zjebli. Że twarzą w twarz rozmawiać się boją. A fajki to już w ogóle drażliwe. No, zjebca dostali, kochaniutka. Kiedyś tak nie było. A dziś tacy drapieżni są. Będzie wojna, to pierdolnie, musi, ja to mówię. Jakby tak się przyjrzeć, to człowiek myślący powinien najpierw się młotem wielkim walnąć w łeb, a potem powiesić. Mówię, w ogóle to niebezpiecznie jest. W każdej bramie można w ryj dostać. Moja mamusia, jak miała podjąć większą gotówkę, to specjalnie pojechała do bankomatu dalej. Ale te chuje, te kurwy, oni ją namierzyli, szli od bankomatu za nią, do autobusu, aż tu dojechali, i za mamusią weszli na klatkę, mamusię moją kochaną przydusili, odurnili, otumanili, i jak się ocknęła, to nie wiedziała, gdzie jest. A była na własnej klatce, bez gotówki. Tak ją obezprzytomnili, te kurwy. No to co dziwnego, że mamusia wariactwa dostała, żyły sobie podcięła i u wariatów teraz wciąż siedzi. Albo ten nasz sąsiad, co to się powiesił, nikt nie wiedział, dlaczego się wieszał, odratowali. Zanim się wyjaśniło, to i jego matka, i ojciec, wzięli i umarli. A potem się powiesił skutecznie, tu, w klatce obok. Kochaniutka, tak nie może być, to pierdolnie, bo jak to tak, że wszyscy sobie do gardeł. Pilnuj się, w każdej bramie groźnie jest. Zdrówka życzę, i pilnuj się, kochaniutka, ja też będę. Się pilnował, bo te skurwesyny tylko czyhają.

środa, 16 lipca 2014

Graniczna dziewczyna


- Pani elegancka! Pani elegancka, zrobi mi pani zdjęcie? Bo ja bardzo fotogeniczny jestem.


- Przepraszam najmocniej, że tak zaczepiłem. Ale ja naprawdę jestem fotogeniczny, a pani ma taki aparat, no, zawodowy, a nie, jak wszyscy, tylko te telefony, to tak jakoś odruchowo zapytałem. I jak wyszło? Nie, nie pokazuje pani, ja i tak nic nie zobaczę, bo my tu już od rana siedzimy, widzi pani, tam z tyłu są moje koleżanki, się wypiło trochę, wzrok nie ten. Na pewno wyszło, ja jestem fotogeniczny typ. Mówi pani, że stylowy chłopak? I te okulary? Pani też ma fajne okulary. I w ogóle nic pani nie brakuje, pani elegancka. Od razu panią przyuważyłem. Ja zawsze poznam, czy kobitka ma klasę. A z pani to normalnie graniczna dziewczyna! Że na granicy? Nie, że po wszelkie granice. Sam szczyt. Graniczna, mówię! Miłego wieczoru, pani elegancka i dziękuję za zdjęcie.

niedziela, 13 lipca 2014

Nuda, panie, nuda


I znowu przyszła niedziela. Chopin po drodze. Koncert. Tłum na trawie. A potem.  Zakupy. Lato w mieście.
Oraz Pan Ziółko powiedział, że w tym sezonie nie tylko złociste buraki - "Burak burakiem, bez względu na ilość złota i odcień czerwieni, pozostanie burakiem, burakiem będzie, wiadomo, o co chodzi, choćby i na bogato i ideologicznie".


















- otóż nie tylko te buraki, skorzonera się udała, w sierpniu już pod koniec będzie, a ja Panu Ziółko mówię, że to moja ukochana jarzynka z czasów małości, Babcia klęła, bo ręce brązowe od obierania, pamiętam, z Końskiego Targu Dziadek skorzonerę przynosił, lat temu to było ponad 40 w Olsztynie. Czekam na ową.




niedziela, 6 lipca 2014

Lato w mieście


Szczęśliwy dzień. Z tych, co to się czuje, jak powietrze dotyka ciała. Opływa, głaszcze. Ma inną gęstość, inny zapach, niż zwykle. Dzień, który będzie się pamiętać za kilkadziesiąt lat. W jego intensywności. Na łożu śmierci. I na zawsze, po tym łożu też. Dzień, w którym się wie, że jest się w najlepszym miejscu na świecie, w idealnym czasie. "Chce krzyczeć, chcę ryczeć, chcę śpiewać".

Jedziemy na rowerach przez Aleje Ujazdowskie. Lipy w większości już przekwitły, ale te nadal kwitnące pachną gęsto, do naćpania. Fortepian spod pomnika Chopina słychać w tle. Pani i pan parkują rowery, siadają na ławce.
- Jest tak pięknie, że mogłabym teraz umrzeć.
- A ja z tobą. Ale teraz lepiej może pożyjmy, co?

I dojeżdżamy do tego miejsca. Zielony Jazdów. Szczęśliwi ludzie chodzą w zachwyceniu. Chwila trwa, i trwa, co najmniej dwa razy dłużej. Dotykają, wąchają, uśmiechają się, od tego piękna pięknieją.